sobota, 15 listopada 2014

Purytanin i barbarzyńcy - słów kilka o twórczości Roberta E. Howarda



Od momentu gdy w wieku 12-stu lat po raz pierwszy przeczytałem opowiadanie Feniks na Mieczu, a parę lat później obejrzałem Conana Barbarzyńcę z Arnoldem S., miałem marzenie aby przeczytać wszystkie dzieła Roberta Ervina Howarda w rodzimym języku. Myśl ta wracała uporczywie przez 19 lat mojego życia. Od roku 2011 marzenie zaczęło się spełniać dzięki poznańskiemu wydawnictwu „Rebis”. Parę miesięcy temu sen się spełnił! Na mojej półce stanął piąty tom opowiadań i poezji jednego z najważniejszych pisarzy pulpowych, ojca tzw. „Heroic Fantasy” Roberta E. Howarda.


Nie będę Was zanudzał notami o autorze i dogłębną analizą literacką dzieł Howarda. W tym celu wszystkich zainteresowanych tematem odsyłam do bogatej literatury przedmiotu. Wpis ten jest krótką opowieścią o spełnionym marzeniu, które kiełkowało we mnie prawie 20 lat. Teraz gdy leży przede mną pięć tomów opowiadań i poematów pisarza czuję, że pewien etap w moim czytelniczym doświadczeniu został zamknięty.

Po raz pierwszy zetknąłem się z postacią Conana z Cymerii oglądając fenomenalny serial animowany z początku lat 90. Conan Awanturnik. W wieku dziewięciu lat nie miałem pojęcia, że postać barbarzyńcy ma literacki rodowód. Tak czy inaczej postacie pokazane w serialu zapadły mi w pamięć. Szczególnie spodobał mi się główny adwersarz Conana i jego towarzyszy, okrutny Wrath-Amon. Poniżej czołówka wspomnianej produkcji.


Rok 1993 na Polsacie króluje Plaboy, horrory z lat 80. i oczywiście produkcje z Arnoldem. Nigdy nie zapomnę jak wielkie wrażenie zrobił na mnie film w reżyserii Johna Millusa Conan Barbarzyńca, w szczególności muzyka do filmu skomponowana przez niezapomnianego Basila Poledourisa. To jeden z niewielu filmów, które widziałem już około dziesięć razy. Żaden inny film i serial o przygodach barbarzyńcy nie dorasta do pięt dziełu Millusa i Oliviera Stone’a. Ten ostatni maczał palce w scenariuszu. Kontynuacja, czyli Conan niszczyciel, to jedynie zgrabna adaptacja kilku opowiadań. Ktoś słusznie zauważy, że była jeszcze Czerwona Sonja, film, który z pewnością oglądałem, ale początkowo nie powiązałem tej postaci z twórczością Roberta E. Howarda. Nic w tym dziwnego, ponieważ rudowłosa wojowniczka pojawiła się w jednym opowiadaniu zatytułowanym Cienie sępów. Postać ta na dobre zaistniała na kartach komiksów wydawanych przez Marvela w latach 70.



W wieku 13-stu lat w bibliotece natrafiłem na tomik Howardowskich opowiadań, wydanie z roku 1984. Na okładce malowana karykatura Arnolda Schwarzeneggera i moje pierwsze spotkanie z literacką spuścizną pisarza. Byłem zachwycony. Moje zainteresowanie literaturą fantasy przygasło dość mocno po lekturze trylogii Władca pierścieni. Miałem wtedy czternaście czy piętnaście lat i lektura Tolkienowskiego dzieła dość mnie zmęczyła. W między czasie była krótka, aczkolwiek intensywna fascynacja Gwiezdnymi Wojnami i rodzące się zamiłowanie do grozy i makabry, które trwa po dziś dzień Przez wiele lat śniłem o 72 tomowej serii opowiadań i powieści osadzonych w świecie Conana, wydanej nakładem wydawnictwa „Amber”, ukazującej się w ostatniej dekadzie XX wieku. Dzieła Teksańczyka bez wątpienia w dużej mierze ukształtowały moją wyobraźnię. Przez lata do filmów dochodziły komiksy i gry komputerowe z bohaterami stworzonymi przez pisarza. Króla Kulla wygnańca z Atlantydy poznałem dopiero kilka miesięcy temu. Ten protoplasta Conana doczekał się też filmu o sobie w 1997 roku. Można go bez problemu obejrzeć w sieci z polskim lektorem. Problem w tym, że jest to postać bardzo podobna do Cymeryjczyka i stąd często z nim mylona. Zresztą oceńcie sami sięgając po tomik z jego przygodami.


Jednak postacią, która do mnie przemawia najbardziej jest Solomon Kane. Ponury purytanin ścigający diabelskie pomioty i wszelkie przejawy zła na całym świecie. Postać ta narodziła się w 1929 roku, kilka lat przed Kullem i Conanem. Ta kreacja jak żadna inna pasuje do współczesnych (anty)bohaterów. Ze swoją surowością i pokrętną moralnością, przypomina wielu współczesnych bohaterów komiksowych pokroju Wolverine’a, czy Punishera. Choć seria komiksowa z jego przygodami nie cieszyła się popularnością, z całą pewnością jest to postać literacka przemawiająca do mnie bardziej niż wymienieni wcześniej barbarzyńcy. Polecam również niezły film pt:  Solomon Kane z 2009 roku.


Robert E. Howard, jak żaden inny pisarz fantasy, potrafi zawładnąć moją wyobraźnią, zabierając w najdalsze zakątki osobliwych, wyimaginowanych światów. Jako czytelnik jestem mu za to dozgonnie wdzięczny.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz